Podpierając się tą myślą wybrałem się w niedzielę na łąkę, by nieco okiełznać popołudniową termę i zrobić przyzwoitą trasę po okolicy. Z założenia plan był prosty - trzy godziny w powietrzu i ok.120 km przebiegu.
Trzecia próba z pełnym powodzeniem. Wreszcie lot. Niestety z wcześniejszych planów trzeba było "odkroić" godzinkę i sporą część trasy. Bywa. Ważne że do zachodu słońca było jeszcze daleko i można było całkiem sporo polatać.
W powietrzu spokojnie. Wiatru jak na lekarstwo, termika słaba, choć po założeniu krążenia czasami w górę miło zasysało. Ogólnie komfortowo i luzacko, ciepło i przyjemnie.
Z zaplanowanej trasy mało wyszło, jednak ostatecznie udało się zaliczyć kilka ciekawych miejsc. Jedno z nich to oficjalne otwarcie Orlika wybudowanego dokładnie w tym miejscu, skąd prawie dwa lata temu po raz pierwszy stratowałem Buranem.
Później tradycyjnie lot nad Chełmżę, obowiązkowy meldunek nad domem i kilka wygłupów specjalnie dla Sosny. Potem jeszcze trochę szwendania się po okolicy i po dwóch godzinach podchodziłem do lądowania. Dziwadło pogodowe tego dnia polegało na tym, że słabawy wiatr wiał właściwie z którego kierunku chciał. "Górą" zawiewało z północy, a na dole podwiewało zupełnie przeciwnie. Do tego rotory z nad lasu i jest wytłumaczenie dwóch spalonych startów. Taka cisza z kierunków zmiennych cholera.....