Aktywny weekend za nami. Sobota to całodzienne śmiganie w Wielkopolsce, zaliczony Poznań i nieco błądzenia w jego okolicach, niedziela zaś, to latanie "w stadzie" w Zawiszynie na południowy zachód od Torunia. Wszystko wyszło nieco spontanicznie - telefon od znajomego i zaproszenie na otwarcie sezonu. Potem pieczenie kiełbasek, ognisko, wyżerka i pogaduchy. Decyzja zapada - trzeba odświeżyć stare znajomości i polatać w nowym miejscu.

Na miejscu melduje się nieco przed czternastą, szybka kawa, ogarnięcie hektarów pięknych łąk na wszystkie kierunki i właściwie bez tracenia czasu rozkładam sprzęt. W końcu po to przyjechałem :) W międzyczasie zjeżdżają się ludzie i gdy samotnie idę w powietrze, na ziemi jest już z dziesięciu pilotów. Jakoś się nie kwapią do startów - chyba nieco obawiają się wiosennej termiki i bujania z tym związanego. Ląduję po kilkunastu minutach i gdy wiadomo, że w powietrzu jest dobrze zaczynają się brać do klamotów.
Tankowanie i kolejny gładki start. Reszta też startuje i coraz nas więcej nad łąką. Do tego typowa paplanina radiowa typowa większym skupiskom pepegantów, ktoś tam sprawdza radio, ktoś uparcie pyta o termę i siłę wiatru, ktoś podpowiada innemu jak startować i po pewnym czasie postanawiam się wyłączyć, wyciszyć i odlecieć kawałek pobyć nieco sam na sam z wymarzonymi wręcz warunkami do latania napędowego.
Okolica bardzo fajna. Dużo dobrych łąk poprzecinanych kępami drzew, niewiele drutów i zabudowań wręcz zachęcających do figlowania na nieco mniejszej wysokości. Zdarzają się też ciekawostki - w rowie przy jednej z okolicznych dróg zaległ jakiś typ najwyraźniej upojony alkoholem, wiosną i grzejącym coraz mocniej słońcem. Każdy ma jakieś swoje pasje ;) Poza tym mijam liczne stada saren, bociany, zające i inne żurawie. Wiosna w pełni.
Minęło pół godziny i jakoś nikt nie rzucił pomysłu na lot "gdzieś". Dobra, zatem puszczę się samopas na wycieczkę po okolicy bo takie kręcenie się w pobliżu łąki nie dość że nudne, to pewnie męczące dla ludzi na ziemi. Pędzę do Złotnik Kujawskich, tam zwrotka i przez Rojewo prawie do Gniewkowa, kolejny zwrot i okrężny powrót nad łąkę. Wszystko razem nieco ponad godzinka drogi.
Nad łąką ruch jak w ulu. Kilku lata w koło komina, ktoś startuje, ktoś ląduje i ogólnie "się dzieje", jednak nie jest wcale tak gęsto, jak się wydaje. Schodzę płaską spiralą, przed lądowaniem bawię się w konwojery i po kilku podejściach ostatecznie ląduję. Na liczniku prawie dwie godziny w powietrzu, na zegarku nieco po piątej. Jest nieźle. Po lataniu jeszcze paraognisko, suto zastawiony stół i pogaduchy. Luksus i dobra atmosfera kończąca udany lotny dzień. Na sam koniec sześćdziesiąt kilometrów w aucie i jestem w domu. Uff.